Gowin: O Europie w pierwszej osobie

poniedziałek, 11 czerwca 2018

Im szybciej usiądziemy do tej debaty o nowym traktacie europejskim, tym lepiej. Trzeba doprecyzować wiele kwestii, m.in. rolę Komisji Europejskiej, czy parlamentów narodowych.

"My, Unia Europejska” - ciągle zbyt rzadko w polskiej debacie publicznej używamy tego sformułowania. Zbyt rzadko mówimy o Europie właśnie w pierwszej osobie. A jeżeli już tego typu sformułowania się pojawiają, to na ogół w kontekście przeciwstawiania tożsamości narodowej - jako anachronicznej - nowej, wyidealizowanej, a w istocie utopijnej tożsamości europejskiej, definiowanej jako postnarodowa. Takiemu „postnarodowemu” rozumieniu procesu integracji europejskiej, ale też traktowaniu UE - jak patrzą na nią środowiska eurosceptyczne - jako przejściowego wybryku historii lub wręcz formy quasi-totalitarnej opresji, Zjednoczona Prawica powinna przeciwstawić inną perspektywę. Dojrzały eurorealizm nie boi się integracji europejskiej. Ale też słowa „My, Unia Europejska” rozumiemy w ten sposób, że jesteśmy Unii współgospodarzami, a nie klientami. To odróżnia nasz rząd od naszych poprzedników i od głównego nurtu obecnej opozycji.
Gdy jej przedstawiciele chcą nas za coś skrytykować (choć nie zakładam z góry, że nigdy nie mają racji - takie założenie byłoby oznaką ulegania grzechowi pychy), często używają sformułowania, że Unia Europejska się na coś nie zgadza, coś nam nakazuje, czegoś od nas wymaga. Mówią o niej w trzeciej osoby, jak o obcym, wydumanym ponadnarodowym trybunale, do którego mogą się odwołać w przypadku przegranych wyborów. Być Europejczykiem znaczy zdecydowanie coś więcej, niż wykorzystywać Unię wyłącznie do celów wewnątrzkrajowej rozgrywki politycznej. Słowem kluczem jest więc odpowiedzialność. Poczuwamy się do odpowiedzialności za Europę, jako jej pełnoprawni członkowie. Dla nas jest po prostu domem, który chcemy po partnersku urządzać z pozostałymi członkami rodziny.

Krytyka, z jaką obóz Zjednoczonej Prawicy występuje często wobec konkretnych form, jakie integracji europejskiej nadaje biurokracja unijna lub niektóre, uzurpujące sobie prawo do dominacji, państwa europejskie, nie jest przejawem naszej wrogości do idei jednoczenia się Europy. Przeciwnie, to wyraz naszej odpowiedzialności za jej przyszłość. I jednocześnie wyraz wierności pierwotnej koncepcji integracji. Zjednoczona Europa albo będzie - jak chcieli jej ojcowie-założyciele - Europą ojczyzn, suwerennych państw narodowych, albo - pod ciężarem utopijnego i opresyjnego dążenia do budowy europejskiego superpaństwa - rozsypie się jak domek z kart.

Nowe otwarcie

Definiowanie roli Polski jako współgospodarza, a nie klienta, jest szczególnie ważne teraz, gdy tak wyraźnie rysuje się perspektywa remontu UE. Niewątpliwie mamy bowiem do czynienia w Europie z nowym otwarciem. Wyniki wyborów w Austrii, Włoszech, nowy rząd w Berlinie, nieodwracalny już brexit, rosnąca siła ugrupowań eurosceptycznych w krajach Europy Zachodniej... Głos zwykłych Europejczyków jest coraz silniejszym wołaniem o zmiany.
O Europę rozumianą jako wspólnotę suwerennych państw, a nie ponadnarodową czy wręcz antynarodową utopię. O prawdziwie wolny rynek zamiast protekcjonizmu. O odpowiedzialne zaangażowanie w odbudowę państw z otoczenia Europy, w Afryce czy na Bliskim Wschodzie, zamiast nieodpowiedzialnego drenowania tamtejszych społeczeństw przez beztroską politykę imigracyjną. O solidarność w obliczu rosyjskiej agresji zamiast antyeuropejskich projektów typu Nord Stream. O Europę wierną swoim własnym, unikalnym korzeniom, które przez wieki inspirowały przybyszów z całego świata, zamiast pustej ideologii multikulti, czyniącej nas bezbronnymi wobec religii i kultur, które nie znoszą sprzeciwu. Głos zwykłych Europejczyków wołających o kulturowe odrodzenie Europy musi być wreszcie usłyszany. Ignorowanie go przez tych, którzy integrację europejską usiłują powiązać z ideologią politycznej poprawności, to śmiertelne zagrożenie dla jedności naszego kontynentu.

Nowy traktat europejski

W obliczu tych przekształceń wewnętrznych i dynamicznych zmian w naszym otoczeniu wydaje się, że kwestią czasu będzie temat nowego traktatu europejskiego. Im szybciej do tej debaty usiądziemy, tym lepiej. Większa rola parlamentów narodowych, doprecyzowanie technicznej, a nie politycznej roli Komisji Europejskiej, wzmocnienie wspólnego rynku, rozstrzygnięcie kwestii dalszego poszerzania, Unia po brexicie - to tylko niektóre zagadnienia, które ów traktat powinien uwzględniać. Bez dojrzałej debaty systemowej Unia będzie skazana na doraźny dryf lub niejawny, choć oczywisty dyktat największych państw. Zarówno jedna, jak i druga perspektywa jest sprzeczna z duchem naszej europejskiej wspólnoty.
Nie jest natomiast odpowiedzią na wyzwania przyszłości idea „Europy dwóch prędkości”. Wręcz przeciwnie. Ta idea grozi znaczącym krokiem wstecz na wszystkich polach, na których Europa osiągnęła dotychczas postęp. To cofnięcie integracji europejskiej o 50 lat, kiedy Unia była wspólnotą kilku państw, reprezentującą jedynie Europę Zachodnią, i to też nie całą. To wizja Europy mniejszej, słabszej, podzielonej, a w konsekwencji kompletnie niekonkurencyjnej względem reszty świata. Trzeba to powiedzieć jasno: skala Unii ma znaczenie dla pozycji Europy w świecie. Żaden z kluczowych problemów Europy nie zostanie rozwiązany poprzez jej miniaturyzację.

Pozytywna wizja Europy

Polska ma dziś do zaoferowania Europie pozytywną wizję. Wizję dokończenia budowy wspólnego rynku, w tym rynku cyfrowego i rynku usług. Opowiadamy się za ambitną polityką handlową. Jesteśmy państwem założycielskim PESCO, czym potwierdzamy nasze poparcie dla umacniania zdolności obronnych Unii. Wspieramy działania na rzecz odbudowy zrujnowanych, a przez to skazanych na emigrację swoich obywateli państw Afryki Północnej. Popieramy ożywienie Partnerstwa Wschodniego. Przedstawiamy realistyczne scenariusze wzmocnienia europejskiego budżetu.
Rząd Zjednoczonej Prawicy od ponad dwu lat prezentuje realistyczne plan reformy UE. Zakłada on wzmocnienie wspólnego rynku jako źródła wzrostu. Promuje kulturę konsensu jako instrument dostosowania UE do zróżnicowanych realiów poszczególnych państw. Dąży także do wzmocnienia demokratycznej kontroli (np. przez wyposażenie parlamentów narodowych w czerwoną kartkę) jako warunku legitymizacji i współwłasności Unii po stronie państw członkowskich. Tak, jesteśmy orędownikami suwerennych państw narodowych, ale - warto podkreślić to raz jeszcze - nie stoi to w sprzeczności z silną Europą. Przeciwnie, jest jej warunkiem.
Unia suwerennych państw to unia, która nie ma kompleksów wobec państw narodowych, bo nie stanowi dla nich konkurencji, lecz jest ich funkcjonalnym przedłużeniem. To unia wielu formatów współpracy, wśród których format Trójkąta Weimarskiego jest dla nas szczególnie cenny. Trudno bowiem sobie wyobrazić stabilną, dynamiczną i kompletną Europę bez współpracy Polski, Niemiec i Francji - trzech największych państw położonych w jej sercu. Bez rozmachu tych trzech kultur i gospodarek, które przez wieki stanowiły koło zamachowe rozwoju Europy. I choć polska historia sprawiła, że musimy dziś dynamicznie odrabiać do Niemiec czy Francji stracony przez zabory, okupację i komunizm dystans, to nie ma już odwrotu od Polski jako jednego z liderów integracji europejskiej.

Poszerzenie Grupy Wyszehradzkiej

Najlepszym tego przykładem jest rola, jaką Polska odgrywa w ramach Grupy Wyszehradzkiej. Ten niedoceniany na początku przez wielu format współpracy Polski, Czech, Słowacji i Węgier stanowi dziś wyjątkowy ośrodek realistycznej, lojalnej i efektywnej współpracy na rzecz zjednoczonej Europy. Ośrodek, który coraz mocniej inspiruje swoją eurorealistyczną wizją liderów pozostałych państwach członkowskich, stanowiąc odtrutkę dla politycznej poprawności Brukseli. Jednocześnie Wyszehrad, poszerzony do formatu Trójmorza, to dziś pomost do współpracy Europy z takimi potęgami, jak Stany Zjednoczone czy Chiny, których prezydenci tylko w zeszłym roku gościli w Europie na nasze zaproszenie.
Dziś wobec witalności Wyszehradu, należy poważnie zastanowić się nad ideą poszerzenia formatu współpracy o takie kraje jak Austria, Rumunia, czy Bułgaria. Stanowiłoby to realne wzmocnienie grupy, a także wymowny sygnał, w którym kierunku powinna zmierzać cała Europa. Choć do realizacji tej idei jeszcze daleka droga, która wymagałaby jednomyślności obecnego składu V4, to podkreślanie inkluzywności projektu jest wartością samą w sobie, gdyż oddaje jego otwarty, proeuropejski charakter.

Wschód - zadanie dla Polski

W myśleniu o roli Polski w procesie integracji trzeba wystrzegać się, tak częstej w naszym myśleniu o polityce międzynarodowej, skłonności do uderzania w tony mesjanistyczne czy zwykłej sarmackiej tromtadracji. Sprawy międzynarodowe - także europejskie - to domena przede wszystkim gry interesów, potencjału gospodarczego i militarnego, twardych wyznaczników geograficznych i geopolitycznych. Ale z tego właśnie, chłodno realistycznego punktu widzenia patrząc, pod jednym względem aspirować musimy - właśnie musimy! - do roli głównego europejskiego motoru. Mam na myśli kształtowanie polityki wschodniej UE. Nieprzypadkowo tej właśnie sprawie poświęcę więcej uwagi.
Unia powstała 1 listopada 1993 r. na mocy podpisanego w 1992 r. traktatu z Maastricht, ale błędem byłoby dopiero od końca 1993 r. szukać polskiej inspiracji, polskiego głosu w polityce wschodniej UE. Polskie zaangażowanie datowałbym od chwili rozpadu Związku Sowieckiego, czy też może - aby wskazać konkretną datę - od 2 grudnia 1991 r., kiedy to Polska, jako pierwszy kraj na świecie, uznała suwerenność i niepodległość Ukrainy.
W pewnym sensie to symboliczne - oto Warszawa, która ledwo odzyskuje niepodległość i wychodzi z nieprawdopodobnej zapaści gospodarczej, jest w czymś pierwsza, nadaje ton, nie ogląda się na silniejszych od siebie. I tu od razu widzimy to, co będzie nas odróżniać od naszych sojuszników z Zachodu. Podkreślam w tym miejscu z równą mocą dwa słowa. „Odróżniać” i „sojuszników”. Bo jakbyśmy się nie różnili, to za zachodnią granicą mamy sojuszników właśnie. I nie jest tak, że jeśli nasi sojusznicy mają inną opinię to znaczy, że przestają być sojusznikami czy też - to druga przesada - że nie wolno nam się różnić, bo jesteśmy słabsi, gorsi, mniej znaczymy czy też „nie dorośliśmy”. W początku lat 90. świat uważał, że niepodległość państw postsowieckich jest oczywistością, i mało kto traktował wspieranie tejże jako „drażnienie Moskwy”. Już wtedy jednak dało się zauważyć znaczącą różnicę. Nasi zachodni partnerzy oczywiście również uznawali niepodległość kolejnych państw postsowieckich, ale czynili to ostrożniej. To jednak Moskwa była w ich ocenie najważniejsza. My - z polskim, ukształtowanym przez stulecia wojen i zaborów, realizmem historycznym - uważaliśmy, że z Moskwą trzeba rozmawiać, ale wiedzieliśmy też, że pewnego dnia Kreml podejmie próbę odbudowy imperium i dlatego trzeba zrobić wszystko dla wzmocnienia niepodległości państw postsowieckich. Mieliśmy rację.
Bardzo ważne jest w tym miejscu podkreślenie, że stanowisko Warszawy było przez naszych zachodnich sojuszników traktowane na serio również dlatego, że w zakresie polityki wschodniej w zasadzie nie pojawiały się kontrowersje polityczne w samej Polsce. Bardzo chciałbym, aby niezależnie od nieuniknionych, choć w Polsce szkodliwie wyostrzonych, różnic politycznych w fundamentalnych sprawach polityki zagranicznej udało się w Polsce przywrócić ducha kompromisu. Przeświadczenie o konieczności obrony niepodległości państwa postsowieckich znalazło swój wyraz w sprzeciwie wobec budowy Nord Stream i Nord Stream 2, we wspieraniu ruchów demokratycznych, wreszcie w inicjatywie powołania do życia Partnerstwa Wschodniego. Można oczywiście tę ostatnią inicjatywę oceniać lepiej lub nieco krytyczniej, ale miało ono jeden kluczowy walor. Dla brukselskiej biurokracji program, który ma budżet, ramy, sprawozdawczość etc., staje się jest czymś, co raz już zaakceptowane na poziomie politycznym, zaczyna funkcjonować jako trwały byt. Urzędniczą machinę trudno uruchomić, ale raz uruchomioną równie trudno zatrzymać.
W 2008 r. w czasie szczytu NATO w Bukareszcie Polska walczyła u boku ówczesnej republikańskiej administracji amerykańskiej o przyznawanie Ukrainie i Gruzji tzw. Membership Action Plan, czyli o szerokie już otwarcie obu państwom drzwi do NATO. Sprzeciw naszych sojuszników z UE spowodował, że tak się nie stało. Dziś, patrząc na wojnę na Ukrainie, można zadać sobie pytanie, czy Rosja odważyłaby się na rozpętanie wojny ledwie 1000 km od naszej granicy, gdyby Ukraina była członkiem paktu.
Jeśli już zaś o Gruzji mowa, to warto przypomnieć, że warunki, które w imieniu UE chciał zaproponować Gruzji prezydent Francji Nicolas Sarkozy (a przypomnę, że jego mandat wynikał przecież jedynie z racji sprawowania przez Francję prezydencji UE), oznaczał de facto uczynienie z Gruzji protektoratu Rosji. Sprzeciw Polski, Litwy, Łotwy, Estonii i Ukrainy - zainicjowany przez Ś. P. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego - spowodował, że Gruzja mogła niepodległość obronić. Prezydent Kaczyński jest dziś bohaterem w Gruzji, przy czym nie, jak chciałaby romantyczna tradycja, bohaterem przegranym, ale takim, który odniósł zwycięstwo.
Okazuje się, że czasem, aby wygrać, musimy powiedzieć nie. Oczywiście lepiej co do zasady, by działo się tak jak najrzadziej, a jeśli już, to najlepiej, by działo się to w zaciszu gabinetów. Czasem jednak kształtowanie polityki po prostu wymaga odwagi mówienia „nie”. Pracujmy więc tak, budujmy taką dyplomację, by nie musieć mówić „nie”, ale dbajmy też o to, by wiedziano, że umiemy „nie” powiedzieć.

Pokusa małego realizmu

Polska polityka wschodnia miała przez lata wiele niedostatków. Jednego wszakże udało się nam uniknąć. Przestrzegałem wcześniej przed politycznym mesjanizmem, przeciwstawiając mu geopolityczny realizm. Równie ważne jednak, by unikać czegoś, co nazwałbym małym realizmem.
Mały realizm tym się otóż różni od realizmu właściwie pojętego, że o ile ten ostatni nakazuje określić to, co jest w naszym długofalowym interesie narodowym, a potem możliwie pragmatycznie to wprowadzać w życie, o tyle mały realizm to wybór tego, co najłatwiej dostępne, choćby nawet miało to być sprzeczne z dalekosiężnie rozumianym interesem narodowym. Małym realizmem byłoby uznanie, że nie możemy się przeciwstawiać rosyjskiemu neoimperializmowi i podszyte strachliwością lub krótkowzroczne takie ukierunkowanie polityki wschodniej UE, by tylko Moskwa nie zmarszczyła brwi.
Małym realizmem byłoby też nieuwzględnianie tego, iż politykę zagraniczną konstruuje się na lata - to, co dziś ledwie kiełkuje, za 10 czy 20 lat może okazać się kluczowym elementem. Grunt, by umieć zdefiniować, co pozostanie nieznaczącym elementem, a co wykiełkuje. To jednak wymaga, wspomnianego przeze mnie wcześniej, ponadpartyjnego porozumienia co do strategicznych celów polskiej polityki zagranicznej.

Polska soft power

Realizm w polityce zagranicznej nie kłóci się - jak lubił to wyśmiewać Donald Tusk, odsyłając swoich oponentów do psychiatry - z dalekosiężnymi wizjami. Nasza polityka zagraniczna będzie skuteczna, jeśli zdoła zaprezentować taką wizję zjednoczonej Europy, która będzie nie tylko polska, nie tylko środkowoeuropejska - atrakcyjna wyłącznie dla państw zza żelaznej kurtyny, ale kantowsko zaraźliwa dla społeczeństw całego Starego Kontynentu. Jestem przekonany, że stać nas na naszą wielką, europejską narrację kraju ludzi wolnych i odważnych, która pociągnie za sobą kolejne pokolenia młodych Europejczyków z powrotem ku Europie dumnej ze swych korzeni. Takie powinno być główne przesłanie polskiej dyplomacji publicznej. Bo dyplomacja, to nie tylko aktywność rządu czy parlamentu, ale soft power budowana rękoma najbardziej inspirujących i aktywnych spośród naszych obywateli. Polska za granicą musi mieć ich twarz.
Dziś potrzebujemy dyplomacji naukowej, która promuje nie tylko polskie uczelnie, ale młodych, wybitnie zdolnych naukowców i studentów. Potrzebujemy dyplomacji ekonomicznej, której fundamentem jest wsparcie dla ekspansji polskich firm za granicą, dla wizerunku Polski jako kraju innowacji, wysokich technologii, kraju ludzi przedsiębiorczych. Potrzebujemy dyplomacji kulturalnej i samorządowej. Słowem potrzebujemy nowej, wielkiej, polskiej opowieści o przyszłości Europy, którą chcemy współtworzyć.
Dziś nikt już nikt realistycznie stąpający po ziemi nie pyta czy, tylko jakie musimy podjąć działania, by Unia pozostała silną, spójną i wpływową w świecie wspólnotą. Na miarę swojej historii i swoich ambicji. Jest nas, Polaków oraz Polonii na świecie, ok. 60 milionów. Czas, by świat usłyszał naszą opowieść.

Tagi: Jarosław Gowin, Unia Europejska

Pobierz darmowe oprogramowanie
do przeglądania plików